Wracam ostatnio do ulubionych filmów (a rozstrzał jest ogromny – od „Potopu” przez „Fortepian” po „The Others”). A wśród nich jeden, który tematyką na pewno pasuje do tego bloga. Świetna atmosfera, niezapomniana muzyka i doskonała gra aktorska sprawiają, że z czystym sumieniem mogę go Wam polecić. „Vanilla Sky” – majstersztyk w „sennych klimatach”, proszę Państwa.
„Every passing minute is another chance to turn it all around”. Czyż nie…?
„Vanilla Sky” z 2001 roku jest to tak naprawdę remake hiszpańskiego filmu „Abre los ojos – Otwórz oczy”. Co mnie w nim urzekło? Głównie tajemnicza, magiczna i pełna pasji fabuła. Nie wiem jak Wy, ale ja tego typu filmy kocham. Obraz nie jest prosty, jednoznaczny, a wręcz przeciwnie – pełen symboli i niedomówień. Widz nie jest prowadzony za rękę, a sam może kreować rzeczywistość, interpretować granicę świata snu i rzeczywistości. Czasami jest ona bardzo cienka, a nawet zaciera się. Ja uwielbiam to, że nie wszystko jest jasne i podane na tacy, bo dzięki temu wraz z bohaterami przenosimy się w inny wymiar.
Poza klimatem i samą tematyką filmu, na uwagę zasługuje również gra aktorska. Główny bohater, David Aames, stworzony przez Toma Cruise’a jest również bohaterem wielowymiarowym, niejednoznacznym, zagranym bardzo profesjonalnie. Zdaję sobie sprawę, że aktor ma pewnie tylu zwolenników co przeciwników, ale myślę że m.in. w tym filmie udowodnił swój kunszt. (Abstrahując (niebezpieczne słowo w dzisiejszych czasach), pamiętacie go z „Top Gun”? Tutaj fanów i antyfanów można by z pewnością podzielić ze względu na płeć, hehe). Penelope Cruz i Cameron Diaz też poradziły sobie doskonale i oddały charakter postaci, w które się wcieliły (Penelope – piękna, delikatna i subtelna; Cameron – szalona i nieobliczalna).
Nie chcę przedstawiać Wam fabuły, bo nie o to chodzi, nie jesteśmy w studio „Kocham kino”. Zależy mi by zachęcić Was do obejrzenia filmu jeśli „oniryczne klimaty” nie są Wam obce. Myślę, że właśnie te słowa doskonale opisują „Vanilla Sky”.
Soundtrack do filmu to kolejna kwestia warta polecenia. Wyśmienicie zgrywa się z fabułą, choć mnie zachwycił do tego stopnia, że słuchałam go jeszcze długo, długo potem („The Nothing Song – Njosnavelin” – suuuuper!). Film generalnie wychodzi poza schematy, odnajdziecie w nim elementy fantastyczne, ale do gatunku science-fiction bym go nie zaliczyła. Momenty dramatyczne, zabawne i wzruszające tworzą piękny spójny obraz, który przenosi nas do innego świata, wtedy gdy realny świat łączy się niemalże z krainą snu, a my sami możemy interpretować fakty na własny sposób. Wraz z rozwojem fabuły – możemy mieć problem (tak jak zresztą główny bohater) z odróżnieniem jawy od snu i myślę, że jest to efekt zamierzony. Wierzę, że film nie jest dla wszystkich, ale mam dowody na to, że nawet ludziom mocno stąpającym po ziemi (np. A.) może się spodobać. Dzięki wielu malowniczym scenom, wielu poetyckim sentencjom wypowiadanym przez bohaterów i do tego towarzystwu magicznej muzyki, film momentami nabiera baśniowych barw, które wrażliwcom bardzo przypadną do gustu.
Ważne! Po obejrzeniu zakończenia, zasypianie może już nigdy nie być takie samo… Przekonajcie się sami.
Najnowsze komentarze